Bieganie a jedzenie – dieta

Dieta?

A co to takiego? Tak, tak – wiem… część z Was pomyślała sobie teraz: „No tak, w sumie to widać po nim, że nie wie…” 😛 Żarty, żartami, a fakt jest taki, że od października, gdy zaczynaliśmy marszobiegi, do dzisiaj zgubiłem całe 6 kg. OK, wiem, że nie jest to wynik imponujący, ale najbardziej podoba mi się w nim to, że pojawił się niejako przy okazji i… bez katowania się dietą 🙂

Oczywiście wszyscy, którzy bieganie traktują dużo bardziej poważnie – dokładnie wiedzą, co jeść, czego nie jeść, kiedy i jak jeść. Jeśli chodzi o mnie, staram się przestrzegać kilka kwestii:

  • Jem śniadanie przed wyjściem z pracy (7:15-7:30) – to chyba kwestia przyzwyczajenia i taki rytuał
  • Ok. godziny 10-11 staram się skonsumować jakiegoś banana z jogurtem czy podobny wymysł
  • Ok. godziny 12-13 czas na tzw. „lancz”. Lancz jest najlepszy gdy składa się np. z ugotowanych dzień wcześniej specjałów, które wystarczy podgrzać 😉 – z braku takowych zdarza się zastąpić je bułką z białym serem, przegryzioną ogórkiem ze sklepu „Halin”. Ryzykując okrycie się hańbą, przyznam się nawet, że czasami lancz przyjmuje formę zupki „chińskiej” typu „Kurczakzłoty”. Straszne, wiem. Ale prawdziwe. Nobody’s perfect.
  • Po południu (15:30-16:00) – przed wyjściem z pracy udaje mi się czasem jeszcze zjeść jakieś jabłko czy inną brzoskwinię.
  • OK 18-19 czas na kolację – taką zwykłą, bez szaleństw. Chleb, ser, jajka, pomidory 😛
  • Słodycze. Cóż – nie można pozbawiać się zupełnie przyjemności, prawda? 😉 Jeden batonik raz kiedyś, czy czekoladka – nie zaszkodzi. A tak serio – bez przesadzania i dość ograniczone (jak na moje możliwości).

Jak widzicie, moje żywienie absolutnie nie opiera się na mikro-porcjach gotowanych na parze warzyw i chudego mięsa najlepiej z ryby. Zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby pewnie tak było, moje wyniki na wadze i na trasach biegowych byłyby jeszcze lepsze, ale… ja w zasadzie lubię jeść 🙂 Spokojnie, z umiarem, konsekwentnie mam zamiar się poprawiać. Jak będzie trzeba, ograniczę to czy tamto, albo na przykład zjem coś gotowanego na parze. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Powinno być nie najgorzej, bo podobno każdy kilogram mniej pozwala skrócić czas potrzebny na przebiegnięcie 10 km o 1’30” czy jakoś tak 😉

W diecie biegacza bardzo wysoką pozycję zajmuje makaron, dlatego na zakończenie dzisiejszego wpisu pozwolę sobie na krótki (bardzo krótki nawet) przepis na Przedbiegowy Makaronik à la O&P – idealny na posiłek przed zawodami np. na 10 km, my staramy się zjeść porcję ok. 3 godziny przed startem.

Składniki:

  • makaron (jaki kto lubi – od spaghetti, przez fusilli po farfalle) (ilość: średnio 😉 )
  • ser brie lub camembert (1 na dwie osoby)
  • pomidor (1 na osobę)
  • pieprz Cayenne
  • troszkę Maggi

Makaron gotujemy, najlepiej al dente. W tym samym czasie kroimy pomidora (-y) w kostkę i ser w plasterki. Ugotowany makaron odcedzamy i rozkładamy na talerze (chyba, że ktoś woli prosto z garnka 😉 ). Na makaron kładziemy plasterki sera i pomidor, ser pod wpływem temperatury zacznie się lekko roztapiać – można wszystko razem przemieszać. Posypujemy pieprzem cayenne, lekko kropimy Maggi. Et voilà – gotowe 🙂

Czas przygotowania = czas gotowania makaronu (czyli pewnie z 6-8 minut).

Takie danie jest pyszne, lekkie (nie leży później w czasie biegu na żołądku) i dostarcza potrzebnej energii!

Natomiast po biegu, poza napojem, polecam niezawodnego banana i wafle ryżowe – rewelacyjnie uzupełniają węglowodany, co jest bardzo istotne po intensywnym wysiłku.

Oczywiście wszystko, co tu piszę wynika z własnego – krótkiego – doświadczenia i nie jest poparte żadnymi teoriami 😉

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s