Bieg Niepodległości – 11.11.2012

Biegu, biegu i po biegu… Poniżej dość szczegółowa relacja z dzisiejszego Biegu Niepodległości w Luboniu. Na początku tylko napiszę, że w zasadzie nie musiałem biec, bo Najpiękniejszy Medal dostałem od własnej córki już dwa dni wcześniej 😀

Medal dla Taty

Postanowiłem jednak sobie na niego zasłużyć 🙂 Wstałem o 7 rano (wiem, wiem – szaleństwo), bo chciałem spożyć energetyczny posiłek na 3 h przed startem. Dlatego już o 7:30 rano wcinałem talerz makaronu z brie i pomidorami 🙂 Tzn. talerza nie wcinałem, tylko to, co na nim było 😉 Węgle z rana jak śmietana – jak mówią.

O 9:30, gdy już trochę się porozciągałem na dzień dobry, wyszliśmy z domu i – zostawiwszy Małą T. pod opieką sąsiadów – udaliśmy się z Olą na miejsce startu. Zgodnie z planem, sąsiedzi mieli Antonię zabrać ze sobą na trasę biegu, żeby mogła dopingować swojego Biegającego Tatę 🙂 W okolicy startu standardowo – trochę rozciągania, trochę truchtu, trochę wymachów – takie tam… spotkałem się na miejscu z kolegą MJ, który nie zdążył się na bieg zarejestrować, ale odkupił numer startowy od Oli, która niestety – jak wiecie – ostatecznie nie biegła. I tak ja, z napisem „Piotr” na numerze 186 na koszulce i MJ z napisem „Aleksandra” na numerze 187, udaliśmy się w strefę startu.

10:04 – nie wiem, czy padł strzał startera, ale jakieś hasło musiało paść, bo pierwsza linia ruszyła. My, będąc raczej pod koniec stawki (za nami dosłownie kilka rzędów biegaczy i samochód straży pożarnej), przez chwilę obserwowaliśmy charakterystyczną „bujankę” sylwetek i w końcu ruszyliśmy.

Może teraz co nieco o taktyce, jaką sobie założyłem (MJ nie zależało na żadnym czasie więc stwierdził, że biegnie ze mną) – moja życiówka na 10 km, to 55:00 uzyskane 14.04.2012 w Gnieźnie (Bieg Europejski), nie ukrywam, że chciałem pobiec szybciej… Z drugiej strony, z różnych powodów (przeziębienie, problemy z pasmem biodrowo-piszczelowym) nie przygotowywałem się tak systematycznie, jakbym sobie tego życzył. Mam świadomość, że nie przepracowałem okresu przygotowania tak, jak powinienem 😦 Mimo to, chciałem pobiec szybciej niż te 55 min, dlatego założyłem sobie, że dotrę na metę w 54 minuty i 55 sekund 😉 Znając profil trasu biegu, ustaliłem sobie międzyczasy na poszczególne kilometry i przygotowałem bardzo przydatne akcesorium – bransoletkę z czasami (można co prawda wydrukować sobie taką, ja zrobiłem ręcznie):

Bransoletka
Precyzyjna ręczna robota =)

Zadaniem bransoletki było – jak można się domyślić – określenie tego, czy biegnę zbyt szybko czy zbyt wolno, żeby na mecie uzyskać rekord świa… tzn. osobisty.

1. kilometr

Czyli 10:04, Start! biegniemy, zaczęło się. Już na początku udało się wyprzedzić kilka osób (dlatego najczęściej ustawiam się na końcu stawki – zdecydowanie wolę wyprzedzać niż być wyprzedzanym 😉 ) Na pierwszych 1000 metrach droga opada o nieco ponad 7 metrów (81.4 do 74 m.n.p.m.) więc teoretycznie można nieco przyspieszyć, z drugiej strony – nie chciałem rozpocząć zbyt szybko, dlatego założyłem, że pokonam ten dystans w 5:45. Gdy mijaliśmy tablicę z napisem 1 km(przy okazji chciałbym zaznaczyć, że każdy kilometr był znakomicie oznaczony wyraźną, dużą tablicą na poboczu i napisami na asfalcie, przy obu krawężnikach), na stoperze miałem 5:40 – „precyzja jest kluczem do sukcesu…” pomyślałem sobie.

2. kilometr

Kolejne 1000 metrów to powrót (po pętli) niemalże w miejsce startu, czyli 7,6 metra w górę – ale jakoś to chyba jest rozłożone na całym odcinku, albo niedługo po starcie się tego nie czuje, bo specjalnie nie odczułem, żebym podbiegał (inna sprawa, że ten odcinek biegam bardzo często, gdyż znajduje się na trasie moich standardowych treningów). Założony czas 5:50 – do markera udało się dobiec w 5:32, czyli po 11:12 od startu, a to oznaczało, że w tym momencie byłem już 23 sekundy przed założonym czasem 😀

3. kilometr

Z profilu trasy (i z wcześniejszych treningów) wiedziałem, że na 3. km trasa zaczyna się obniżać (różnica poziomów -7,6 metra), a to oznaczało, że będzie można nieco odpocząć, nie tracąc przy tym tempa. Założyłem, że uda mi się ten kilometr przebiec w 5:30 – znowu udało mi się zrobić to nieco szybciej i już po 5 minutach i 15 sekundach mijałem tabliczkę „3 km” (16:27 od startu = 38 sekund zapasu)

4. kilometr

Odcinek pomiędzy 3000 a 4000 metrami trasy charakteryzuje się największym spadkiem trasy podczas całego biegu (z 74 na 64 m.n.p.m) – dlatego optymistycznie założyłem, że ten konkretny kilometr uda mi się przebiec w 5:15. Niestety, tutaj właśnie zanotowałem pierwszą stratę… być może bałem się „polecieć” nieco bardziej w dół, może troszkę za bardzo się powstrzymywałem – w każdym bądź razie, gdy mijałem tabliczkę „4 km„, na stoperze miałem 21:52, co oznacza, że pobiegłem 5:25. Na szczęście, dzięki wcześniejszym zyskom, nadal byłem 28 sekund „do przodu”. A może przyczyną było to, że gdzieś na 3300. metrze musiałem pozować do zdjęć i pozdrawiać Grupę Zagorzałych Kibiców pod przewodnictwem Małej T:

Tosia kibicuje Pi pozdrawia Wiernych Fanów

5. kilometr

Tutaj raczej płasko – na początku jeszcze lekki spadek, później równo, pod koniec zaczyna się leciutki podbieg. W ogólnym rozrachunku, na dystansie 1 km. trasa opada o ok. 1,7 metra. Wziąwszy pod uwagę to oraz fakt, że z pewnością będę już dobrze rozgrzany – wymyśliłem sobie, że 5:30/km nie będzie jakąś przesadą i powinienem sobie z takim tempem poradzić. Bardzo się nie pomyliłem, bo wyszło 5:32 i na połowie dystansu zameldowałem się po 27 minutach i 24 sekundach (zakładałem, że będzie to 27:50 – więc super!). Do tego momentu prowadziłem nawet z MJ urywaną konwersację – to znaczy, on mnie zagadywał i pytał o różne rzeczy, a ja odpowiadałem półgębkiem. Najwyraźniej to mu nie wystarczało, bo zagadywał również innych biegaczy naokoło 😀 Dwójka biegaczy dowiedziała się, że celujemy w okolice 55 minut i postanowiła się do nas przyłączyć, ale mniej więcej po 100 metrach jednak zaczęli zostawać z tyłu.

6. kilometr

Wiedziałem, że od momentu, gdy minę tabliczkę oznaczoną „5 km”, trasa zacznie piąć się pod górę – i będzie tak niemalże przez kolejne 4 kilometry, z małymi chwilami na odpoczynek „z górki”. Mimo to, na przebiegnięcie 6. kilometra dałem sobie – optymistycznie – kolejne 5:30 (może liczyłem na rozpęd, czy coś 🙂 ) No i w tym miejscu się przeliczyłem, bo na dobiegnięcie do tablicy „6 km” potrzebowałem aż 5:48, co oznaczało 18 sekund straty na 1000 metrów (ok. 6,4 m. pod górkę). Zapas wypracowany na dotychczasowym dystansie zmalał do 8 sekund… ale wciąż byłem przed zakładanym czasem, czyli życiówka ciągle była w zasięgu ręki… Niestety,

7. kilometr

to najgorszy podbieg na całej trasie. Wydaje się, że różnica poziomów wynosi tylko 8.3 metra, ale mnie to wymęczyło 😉 Co prawda, udało mi się pokonać odcinek o 2 sekundy szybciej od tego, co zakładałem (5:43 vs 5:45), ale okazało się to na tyle wyczerpujące, że

8. kilometr 

pobiegłem wolniej o 22 sekundy. Myślałem, że na płaskim (+1,2 m.) odcinku uda mi się trochę „podkręcić” tempo i będę potrzebował 5 minut i 20 sekund, ale wyszło 5:42 😦 I właśnie w tym momencie zacząłem tracić w stosunku do zakładanego planu (tablicę „8” miałem mijać po 44 min i 25 sek od startu, a byłem tam po 44 min i 37 sek – niby 12 sekund tylko, ale ja już czułem w tym pierwsze oznaki trendu 😉 )

9. kilometr

Na 9. km jest znowu lekki podbieg (w sumie różnica przewyższeń to +4,9 m.), dlatego zapewne założyłem sobie lekki spadek tempa. Miało być 5:25/km – wyszło 5:29 więc nienajgorzej, ale kolejne 4 sekundy „w plecy”. W tym momencie byłem 16 sekund za upragnionym celem. I muszę przyznać, że już biegło się ciężko – nogi niby dawały radę, ale kondycja ogólnie mocno spadła i byłem już zdrowo zmęczony. Już nawet nie odpowiadałem MJowi pół- czy ćwierćsłówkami tylko kiwałem głową – a może sama mi się kiwała? 😉

10. kilometr i META 

W moich dotychczasowych biegach na 10 kilometrów (a nie było ich znowu tak dużo, więc pamiętam 😉 ) ostatnie 200 czy 250 metrów udawało mi się przebiec niemalże sprintem. Bazując na tym doświadczeniu, liczyłem, że w ogólnym rozrachunku czas, jaki będę potrzebował na pokonanie dystansu pomiędzy 9001 a 10000 metrów trasy, wyniesie 5:05. Taki mały zryw na końcu. Gdy wbiegliśmy na ostatnią prostą i zobaczyłem w oddali bramkę z napisem FINISH, spojrzałem na zegarek: 52:37. Pomyślałem, że do mety nie może być dalej niż jakieś 200 metrów, a ja mam jeszcze dobrze ponad 2 minuty na zrobienie tej życiówki… Nie jest źle. Hm. Po tych 200 metrach meta nadal była jakieś 200 metrów dalej 😉 W końcu, gdy spojrzałem na zegarek i zobaczyłem 55:14, a nadal biegłem – wiedziałem, że rekordu nie będzie, ale chyba jakoś się bardzo tym nie zmartwiłem:

Tata finiszuje.

Ostatecznie od startu do mety minęło 55 minut i 39 sekund – do życiówki zabrakło 40 sekund 😉 Nie jest źle, wiem – ale wiem też, że jest nad czym pracować. Ważne, że medal dali:

Z medalem
Od lewej: Biega Tata Piotr, Biega-i-Rozmawia MJ =)

55:39 – niby nie jest źle, ale… miało być lepiej. Czyli coś poszło nie tak 😉 Jak widać do 7. kilometra byłem przed zakładanym czasem – później gorzej, czyli osłabłem. Najwyraźniej. Według mnie, wychodzi tu brak skrupulatnego i systematycznego przygotowania: przerwy w treningach (czasami nawet 9 dni pomiędzy kolejnymi!) spowodowane jakimiś tam przeziębieniami czy innymi kaszlami. Po prostu zabrakło wybieganych kilometrów i organizm zdążył już się trochę „uśpić”. Te przerwy w treningach miały też niestety wyraźny wpływ na zmianę wagi – to, co udało mi się tak ładnie zrzucić przed wakacjami (89 -> 83 kg), niestety prawie w całości do mnie wróciło… jakbym o to prosił czy coś. A jak wiadomo, każdy dodatkowy kilogram wymaga dodatkowego wysiłku, żeby go nieść ze sobą.

Braki w treningu z pewnością też były spowodowane problemami z ITBS („kolano biegacza”), o których pisałem wcześniej i które teoretycznie zostały w końcu zażegnane, ale jednak po którymś tam treningu znowu ta noga się odezwała i to też nie pozwalało na swobodny trening w pełnym wymiarze. Na szczęście dzisiaj, podczas całego biegu, kolano mi nie dokuczało (przez parę minut dosłownie czułem lekki ucisk od zewnętrznej strony, ale potem odpuścił) i biegło mi się – pod tym kątem – naprawdę nieźle, pewnie pomogła też adrenalina związana z samym startem. Po paru godzinach od biegu kolano „czułem” nieco bardziej, zobaczymy co z nim dalej będzie – jak jutro będzie mi się wchodziło po schodach (taki sprawdzian) 😉

Podsumowując ten najdłuższy-jak-do-tej pory wpis: cieszę się, że pobiegłem; biegło mi się ogólnie nieźle; dosyć się zmęczyłem i wiem, że mam nad czym trenować i mam nadzieję, że będę mógł to spokojnie robić. Teraz robię sobie kilka dni przerwy 😀

Rodzinka B.

Nota końcowa:

Wszystkie zamieszczone powyżej zdjęcia zostały wykonane przez Kingę. I nie mogą być kopiowane bez jej zgody… chyba, że jesteście znajomymi czy rodziną, to chyba możecie 🙂

Małej T. i Oli (której było przykro, że nie mogła pobiec) bardzo pięknie dziękuję za Profesjonalny Doping 😀

Kindze i Piotrowi dziękuję za doping i opiekę nad Małą T., i za wspomiane powyżej zdjęcia.

Advertisements

5 thoughts on “Bieg Niepodległości – 11.11.2012

    • Jak przebiegnę maraton, to długo nie będę miał siły pisać, a potem zapomnę więc spoko, nie grozi =)
      Albo będę pisał dziesiątkami kilometrów…

  1. A mnie się bardzo podoba ten wpis 😉 długi ale się fajnie czytało 😉
    Mam nadzieję, że nie przesadziłem z gadaniem ale przyświecał mi cel, żebyś w końcu przestał monitorować czas z zaczął się bawić i rozglądać w około 😉 (Szczerze mówiąc nie monitorowałem tak dokładnie czasu a resztę zostawiłem zegarkowi 😉 )

    Wielkie Dziękuję Oli za numer startowy. Wspomniane winko powinno dziś do was zlądować 😉 i uśmierzy smutek z „niebiegu” i lekki ból kolana 😉

  2. Moje bieganie jak czuje bardziej się oddala niż zbliża Tym bardziej miło czytać o waszych zmaganiach, przygodach i zwycięstwach ducha nad słabościami „kochanego ciałka” Pozdrawiamy i całujemy tata i dziadek a Madzia posyła swojego gorącego buziaczka dla Tosieńki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s